Jedź na wakacje – mówili… Odpoczniesz – mówili…

Pojechaliśmy. Zapakowanie naszego hatchbacka było niczym tetris level hard. Sześciogodzinna podróż z dwójką dzieciaków, to sprawdzian cierpliwości dla najspokojniejszego tybetańskiego mnicha. Rodzinne wakacje. Siekanka. Odpoczynek. Brzmi to prawie tak zabawnie, jak „urlop” macierzyński. I nie wiem czy to jakiś wrodzony masochizm, czy po prostu matczyna miłość, ale bez wahania pojechałabym znowu!

Najważniejsze jest podejście

Nie chciałam jechać wypocząć. To znaczy bardzo bym chciała. Ale wiedziałam, że mogę zapomnieć o smażingu na plaży czy nudzeniu się na brzegu basenu. Wieczorem też nie miałam dylematów do którego z barów uderzyć tym razem, bo zasypiałam o 20. Moim celem było spędzenie czasu z rodziną. I to nam się udało. Byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Kiedy dzieci zasypiały o 19, my z mężem siedzieliśmy na balkonie i przez godzinę (dopóki sami nie padliśmy ze zmęczenia) mieliśmy „swój urlop”. Co wtedy robiliśmy? No oczywiście, że gadaliśmy. O dzieciach 😉

Psychiczne zmęczenie

W ciągu dnia funkcjonowałam na najwyższych obrotach, żeby w gąszczu parawanów nie zgubić dziecka (tego biegającego), albo nie zasypać piaskiem tego leżącego. Nie miałam czasu zastanowić się, czy jestem zmęczona czy nie. To przychodziło dopiero wieczorem. Za to jednego nie mogłam przetrwać – wszechobecne dmuchańce, automaty z kulkami, glutami, pierścionkami, wesołe miasteczka, balony z helem i wszystkie inne wysysacze kasy. Dla tego, kto to wymyślił, powinno być osobne miejsce w piekle.

Drugie dno

Taki wspólny wyjazd ma jeszcze jeden aspekt. Mój mąż pracuje, nie wie jak wygląda mój dzień. Ma jakieś tam wyobrażenie, ale tak naprawdę rzadko ma okazję widzieć histerię Leny, bo ona chce krótkie gacie a za oknem deszcz, albo to, że można zrobić zupę z dzieckiem na rękach. Podczas takiego wyjazdu jest w centrum tego huraganu 🙂 wierzcie mi, że wasza praca w domu na pewno zostanie doceniona, a facet już nigdy nie odważy się powiedzieć, że tylko siedzicie z dziećmi i nic nie robicie.

No to warto czy nie warto?

Pewnie, że warto. Bo zanim się obejrzę, to oni nie będą chcieli jeździć z nami. Bo nie ma nic cenniejszego, niż czas razem. Bo będąc rodzicem myśli się już innymi kategoriami. Zresztą spójrzcie sami:

Facebookgoogle_pluspinterest

3 Comment

  1. sabina says: Odpowiedz

    My w tym roku też zaryzykowaliśmy. 😀 byłam zmęczona jeszcze bardziej niż na codzień ale chętnie znów bym się wybrała, pomimo wszystko. 🙂

    1. No właśnie, coś w tym jest, że rodzic – często bardziej zmęczony niż na codzień – i tak przydałby jeszcze raz 😀
      A gdzie show wybraliście?

  2. Mój mąż docenił moją pracę w domu jeszcze bardziej po naszych ostatnich wakacjach 😀 więc choćby dlatego było warto pojechać! 🙂

Dodaj komentarz